Polecane posty

Przytulanie Noszę, bo bardzo Cię kocham Sen, czy to powód do płaczu? Sam na sam Spojrzenie na rodzicielstwo
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje mieszkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje mieszkanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 kwietnia 2014

Łapacz snów - dream catcher.

Na początku zachęcam Was do wzięcia udziału w konkursie urodzinowym Helenki, w którym do wygrania jest sporo pięknych nagród - tzw. grubych kąsków. Natomiast dziś pora na kolejny wpis z kategorii DIY, w którym pokażę Wam jak w prosty sposób można zrobić samodzielnie łapacz snów - piękną ozdobę pokoju dziecięcego. Pozostałe wpisy DIY znajdziecie tutaj

Łapacze snów, zwane przez mojego męża łapaczami kurzu, pierwotnie tworzone były przez Indian z Ameryki Północnej z materiałów im dostępnych, czyli z kawałków wierzby, skrawków skóry, łyka, ścięgien i piór. Według indiańskich wierzeń wszystkie sny, muszą przejść przez sieć łapacza snów zanim trafią do naszej głowy. Złe sny, jako te wielkie i niezdarne, wpadają w sieć i grzęzną w niej, by pod wpływem promieni porannego Słońca wyparować wraz z rosą. Dobre sny, jako małe i sprytne przeciskają się i po piórze spływają delikatnie na śpiącego, uprzyjemniając mu odpoczynek. Mówi się też, że kolisty kształt jego ramy symbolizuje cyklicznie powtarzający się krąg czasu, Matkę Ziemię, cztery strony świata, w których żyją ludzie. Sieć wyobraża jedność rodziny z wszystkimi jej powiązaniami, zaś więzy – więzy rodzinne. 

Obecnie dream catchery, są najlepiej sprzedającym się artykułem indiańskiego rękodzielnictwa. Mogą służyć jako ozdoba sypialni, amulet występujący w postaci biżuterii, a nawet tatuażu, nie trudno więc znaleźć je w sklepach z pamiątkami. Jednak najbardziej cieszy dream catcher zrobiony własnoręcznie. Większość materiałów, które wykorzystałam do wykonania własnego łapacza snów zamówiłam w pasmanterii internetowej Haftix. Potrzebne nam będą:

czwartek, 3 kwietnia 2014

Little stars... DIY

Dziś w końcu obiecywany od wieków, a odkładany przez piękną pogodę - post z cyklu DIY. Odkładany, bo jak tu usiąść przed maszyną do szycia, jak za oknem tak wiosennie, słonecznie? No nie dało się, dopiero choroba Helenki i związane z nią uziemienie w domu, sprawiły, że przeprosiłam się z moimi materiałami, i ze wspomnianą już maszyną. 

środa, 5 marca 2014

Biuro rzeczy znalezionych.

Diabeł ogonem nakrył... Nie wiem czy doświadczacie tak niezwykłego zjawiska jak ja, którym jest znikanie rzeczy martwych w mieszkaniu. Od jakiegoś miesiąca wszystko mi ginie. Wiążę to z rozpoczęciem raczkowania przez Helenkę, ale może to ja stałam się bardziej roztrzepana? Mieszkanie mamy urządzone w stylu minimalistycznym, szczerze powiedziawszy nie bezinteresownie, głównie dlatego, żeby nie było zbyt wielu półek do ścierania kurzu. Z resztą niedługo będziecie mieli okazję obejrzeć jak jest urządzone przy okazji posta o samodzielnie zrobionych meblach do salonu. Porządek utrzymujemy stale, bo mąż jest okropnym, nadgorliwym pedantem. Taki jego charakter, jak on to mówi - cholericus pedanticus, nie wiem czy istnieje takie określenie osobowości, natomiast jeśli istnieje to doskonale opisuje charakter mojego męża. Swoją drogą Helenka niestety też odziedziczyła gen porządku po tacie. Odkrywa każdy nawet najmniejszy brud, zupełnie nie widoczny dla  mojego oka i sprząta - chyba nie muszę mówić w jaki sposób. Ja biedna jako bałaganiarz, w tym ładzie nie potrafię się odnaleźć i wszystko mi ginie. Dokładnie miesiąc temu zaginęła paletka cieni do powiek, wymiary to mniej więcej 15 cm x 10 cm, no przecież to nie igła w stogu siana... czemu do dzisiaj nie mogę jej znaleźć?? Ostatnio widziana w rękach Helenki... Moja ulubiona. Przeszukałam wszystkie możliwe miejsca, odsuwałam sofę, pufy, z latarką zaglądałam pod meble i dywan, nigdzie jej nie ma. Dosłownie nigdzie! Przydałoby mi się moje własne biuro rzeczy znalezionych. Ciągle giną mi klucze do mieszkania, do piwnicy, do kosza na śmieci, nie wspomnę już o telefonie, portfelu, torebce - na szczęście one jeszcze się odnajdują.
O! Właśnie ta mała torebka mi ginie.

niedziela, 2 marca 2014

Styl marinistyczny - moje inspiracje.

Wspominałam Wam przy okazji szycia zasłonek tutaj, że marzę o stworzeniu dekoracji do pokoiku Helenki w stylu dziewczęco - marynistycznym. Zapytacie pewnie dlaczego sama chcę zająć się przygotowaniem dekoracji i dlaczego akurat w takim niestandardowym dla dziewczynek stylu? Po pierwsze jestem wręcz przeczulona na punkcie takiego standaryzowania - różowe dla dziewczynek, niebieskie dla chłopców, pokój księżniczki dla dziewczynki, a marynistyczny dla chłopca. Ja, jak to ja, idę zawsze pod prąd. Po drugie mój gust jest na tyle nietypowy, że sklepom z gotowymi dodatkami ciężko jest sprostać moim wymaganiom, a po trzecie uwielbiam rzeczy wykonane ręcznie, mające swoją duszę tchniętą przez osobę, która je z największą starannością wykonała, a przecież w dekoracje robione dla Helenki włożę całe swoje serce. Buszując w internecie w poszukiwaniu inspiracji, trafiłam na sklep internetowy z pięknymi tkaninami:

niedziela, 16 lutego 2014

Mój bzik i cottonove love.

Jakiś czas temu chwaliłam się Wam, że wygrałam w konkursie organizowanym przez Cottonove love i Mommy draws. Nagrodą w konkursie była girlanda w kolorach tęczy, którą samodzielnie skomponowała Dominika, autorka wyżej wspomnianego bloga. Zadaniem konkursowym było napisanie, który z kolorów Cotton balls najbardziej nam się podoba i dlaczego. Kolorów, było mnóstwo, ale Ci którzy mnie dobrze znają z pewnością wiedzą, że mam bzika na punkcie koloru fioletowego... co z resztą można zobaczyć we wnętrzu mojego mieszkania. Moja odpowiedź, była krótka: 

Najpiękniejszym kolorem cotton balls jest magenta – jest to kolor, który towarzyszy mi od dziecka i zawsze przynosi szczęście. W końcu to ostatni z magicznych kolorów tęczy, której zobaczenie przynosi szczęście i na której końcu można znaleźć skarb. Ja ten skarb mam już przy sobie - to moja rodzina, ale cudownie byłoby mieć cały zestaw tęczowych ballsów, aby powodzenie nigdy nas nie opuszczało.


środa, 12 lutego 2014

Idzie nowe...

Trafić w mój gust to nie lada gratka. Jestem człowiekiem niezwykle wybrednym, szczególnie jeśli chodzi o wystrój wnętrz. Tutaj nie idę na ustępstwa, pewnie dlatego żadnemu z pobliskich mi sklepów nie udało się zaspokoić moich potrzeb, jeśli chodzi o zasłony do pokoiku Helenki. Bo zadanie też nie było łatwe. Pokoik ten nie jest wielki - jakieś 3 x 3,5 m, jest pomalowany na niebiesko - na przekór dziewczyńskim różom. Meble są koloru olchy miodowej, docelowo wymienimy je na białe (a może nie?), które będziemy sami projektować i montować. Ale w tym mamy już doświadczenie, bo meble do salonu też robiliśmy sami, (mówiłam już, że jestem wybredna? ;)), ale o tym kiedy indziej. Do rzeczy... Wymyśliłam sobie, że skoro pokój dziecięcy Helenki jest niebieski i dobrze się w nim czujemy, to będę chciała zrobić go w stylu marynarskim. Szukałam zasłonek w granatowo - białe paski. Nie znalazłam nigdzie, ba nawet w sklepach z tkaninami nie mogłam znaleźć takiego materiału. Nie było łatwo. Z pomocą przyszła ikea - znalazłam materiał w czarno - białe paski i już wiedziałam, że muszę go mieć.

Ale to nie koniec, jakbym miała za mało na głowie, postanowiłam, że kupię jakąś lekką, tanią maszynę do szycia, bo taka zawsze w domu się przyda i sama uszyję zasłonki. Materiał leżał dość długo w oczekiwaniu na kupno maszyny, w końcu się doczekał i tym samym otworzył na blogu nową kategorię DIY. A to uszyte przeze mnie zasłonki...